Poszłam…

na ulicę. I choć dawniej zastanawiałam się nad tym, czy nie powinnam być prostytutką, to tym razem chodziło o zwykły street, i to nie mój. Na ulicy grał mój kolega z podstawówki. Już któryś raz w tym roku, tylko, że ja nie miałam okazji go posłuchać. Wczoraj miałam. Zaciągnęłam koleżankę i przydreptałam. Zaskoczyło mnie to, że nie jest sam. I że… tak świetnie śpiewa. Gatunek nie mój. Szanty. Ale jaki głos! Wcale nie słychać lekkiej wady wymowy a barwa bardzo miła dla ucha. Rozsiadłam się wygodnie na ławce w parku na przeciw miejsca, gdzie się rozstawili i przez trzy godziny syciłam uszy. I oczywiście, że nie chodzi mi o opisywanie koncertu po prostu. Mam tyle koncertów na koncie, a rzadko o nich piszę… Chodzi o to, że choć naprawdę  od tygodni wybierałam się go posłuchać, to od kilku dni to posłuchanie miało też drugie dno. Nawet jeśli się przed sobą nie przyznawałam do tego. Bo się rozwodzi. I stanęłam przed nim mówiąc – „to ja, cześć po prawie trzydziestu latach”. A potem słuchając go i patrząc jak się do mnie znad gitary uśmiecha myślałam – nie taki jest zły. Wysoki. W sumie zawsze wolałam właśnie takich jasnowłosych. Ale ładnie śpiewa. Rozbawiał mnie, gdy odwoływał się do mnie w trakcie koncertu mówiąc przez mikrofon – czy odsłuch dobry, czy pamiętam, że dziadek naszego kolegi służył w marynarce, czy…. I kiedy moja koleżanka już poszła. Kiedy się zrobił wieczór. Zadedykował mi piosenkę. I zrobił to w taki sposób, że z jednej strony na tej ławce mnie zawstydził, zakłopotał, z drugiej wzruszył i …. sama nie wiem…  A ballada była przepiękna. Wzruszająca. O miłości. I jeszcze bardziej poczułam się zakłopotana i wzruszona. I potem były słowa w środku śpiewania – „Wiesz o co mi chodzi, prawda?”. Nie wiedziałam, ale chciałam myśleć, że może się dowiem. Nie mam pojęcia co myśleli ludzie. Ja… chciałam wierzyć, że to coś znaczy. Na koniec znów mnie zbił z pantałyku mówiąc – że w podstawówce myślał, że przeczytałam już wszystkie książki na świecie i co ja dalej będę robić, skoro przeczytałam już wszystko. I czy mi się podobała ballada. I tak stałam się na te dziesięć minut jak naga i widoczna wśród tych wszystkich słuchających. I siedziałam dalej i słuchałam do końca. Grał ponad trzy godziny. Palce miał białe, bez krwi gdy skończył… I przedstawił mi kobietę, która robiła podkłady. „Jesteśmy ze sobą od pół roku”…

 

Bo problem leży w ciągłej nadziei. W ciągłym patrzeniu na mężczyzn jak na potencjalnego… I choć nie chce, wciąż tak mam…. a potem pozostaje tylko smutek. I butelka z whisky cream….

 

A potem miewa się sny. O pracy i mężczyznach. Mężczyźnie. Wysokim. Przystojnym. Opiekujemy się razem rzeczywiście istniejącymi chłopcami. Braćmi. Jeden z ADHD, drugi z ZA. I próbujemy ich położyć spać. I robimy co możemy. Jesteśmy u niego. Jego pokoje. Jego łóżka. Jego zwyczaje. I siedzi a przy nim jeden chłopiec. A ja obok leżę i przy mnie drugi. I tak poprawiając komfort jednego czy drugiego, dbając o to by czuli się bezpiecznie – kładziemy im dłonie na głowach czy poprawiamy kołdry. I nagle widzę jak patrzy na mnie  z góry zdziwiony. Moja dłoń bowiem zabłądziła na jego podbrzusze i wsunęła się za pasek jego spodni. Nic więcej. Taki gest czułości i bliskości. Przeprosiłam sama sobą zaskoczona. Naprawdę nie kontrolowałam tego. Po prostu chyba potrzebowałam być blisko z kimś. Nie robi z tego problemu. Ja też nie. Jesteśmy tylko znajomymi. Nic więcej. Nic mniej. Usypianie dzieci trwa nadal niezmącone. I rano wstajemy. Przygotowujemy śniadanie. Patrzę jakie ma zwyczaje, żeby ich nie zburzyć. Dostosować się. I przychodzi koleżanka też na śniadanie. I sama się boję po obudzeniu jak żywy był to sen. Faktury, kolory, dźwięki. I dobry i smutny zarazem. I myślę – jak mam kolejny dzień przetrwać, że nie mam już siły. Że nikt nie wie jak bardzo nie mam siły i jak beznadziejnie jest tu w środku, we mnie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii dla dorosłych. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Poszłam…

  1. ~dr pisze:

    Nie ma nic niezwykłego i złego że patrzymy za płcią przeciwną i dość często fantazjujemy na jej temat w kontekście samej/samego siebie, budujemy historie jak by to było zapoznać jakoś taką istotę. Tęsknię za kobietą, chciałbym z nią pisać, ale żeby jej na mnie zależało, żeby to nie były rozmowy o pogodzie, żebym czuł bliskość, nachalność, żeby się narzucała. Kurcze, jak dawno już nie, nic…. Kolega mi napisał że jego znajoma dowiedziawszy się że jest żonaty, najpierw go opieprzyła, potem odeszła, a na koniec (no nie, to raczej nie jest jeszcze finał) wróciła pisząc „nie m0ogę bez Ciebie żyć”. Jak ja mu pozazdrościłem tych prostych, dość stereotypowych, pachnących frazesem, ale jednak piekielnie dużo znaczących słów. I mam to samo o czym napisałaś w poprzednim chyba – „nic się już w moim życiu nie wydarzy”.
    To niekoniecznie jest komentarz do tego konkretnego posta, ale niech będzie w pierwszym od góry, jest chyba i tak dość uniwersalny – mężczyźni chcą kobiet, kobiety mężczyzn.

  2. ~sis pisze:

    Chcą ci, którzy nie mają. Ci, którzy mają nie muszą chcieć. Mogą sobie patrzeć nie chcąc nic więcej poza uśmiechem. I to oni są zwycięzcami. Nie twój kolega, który niezaspokojony w małżeństwie nie zaspakaja również wirtualnej kochanki. Że ona nie może bez niego żyć? Podobno ważniejsze jednak jest powietrze, ale rozumiem co ma na myśli. I rozumiem twoje ciągoty. Tylko, żeby wzbudzić w kobiecie takie pożądanie bycia przy sobie – trzeba ją przywiązać i coś jej dać… albo wybrać wybrakowany model, który nie potrafi sam o siebie zadbać i idzie w paszczę lwa – tracąc siebie oddając się żonatemu… Dużo nas takich, więc…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>